Dziesięć płytkich oddechów

Dni lecą dzień za dniem i tak właśnie minął mój kolejny tydzień pracy. To już trzy tygodnie, a pamiętam jakby to było wczoraj, gdy czekałam na telefon, a następnie na pierwszy dzień pracy. Teraz przychodzę tam jak do siebie i jest mi z tym bardzo dobrze. Ludzie (z małymi wyjątkami, tak jak wszędzie :P ) są pomocni i otwarci, co na początku jest najważniejsze. Jest bardzo dobra atmosfera między nami i na co dzień śmiechu co nie miara :) Jestem naprawdę zadowolona z miejsca, w którym obecnie pracuję :)

Jednak nigdy nie może być wszystko tak jak bym chciała najbardziej, więc w tym tygodniu praktycznie nie widziałam się z Ukochanym. Ja miałam cały tydzień pierwsze zmiany, Ukochany drugie i tak oto się mijamy. Szczerze mówiąc tego obawiałam się najbardziej, ale takie już jest dorosłe życie, gdzie musimy się dostosować i nic na to nie możemy poradzić. Cały czas mówię sobie, że jeśli naprawdę się kochamy przetrwamy wszystkie burze, wszystkie niepowodzenia i te głupie zmiany, które nie będą nam pasować do połowy marca… Chociaż ja tak naprawdę tęsknię za naszymi wygłupami, rozmowami, leżeniem i objadaniem się słodyczami. Bez Ciebie kochanie, to nie to samo :)

Mając tyle wolnego czasu po pracy wzięłam się za czytanie. Tak, za tym też tęskniłam i ciągle zachodzę w głowę jak mogłam tak długo odkładać tą książkę. Otóż, w ciągu dwóch praktycznie jednym tchem przeczytałam książkę „Dziesięć płytkich oddechów” K.A Tucker , o której już jakiś czas temu słyszałam. Okazała się najlepszą książką jaką do tej pory miałam okazję przeczytać (a jest ich już troszkę). Nie mogłam się oderwać każdy rozdział pochłaniał mnie coraz bardziej, a na zakończenie wzruszyłam się niesamowicie. Czyż nie tak powinny działać książki? :) Czułam niedosyt, ciągle myślałam „i co dalej? to nie może się tak skończyć!”. Otóż, nie kończy się! Poszłam za ciosem, ściągnęłam kolejną książkę tej autorki, która okazała się być kontynuacją. Prawdopodobnie przede mną noc z głowy, bo nie mogę się doczekać dalszych losów bohaterek :D

Tymczasem powoli zabieram się za szykowanie na spektakl, na który wybieram się o 18:30 z byłą (dziwnie to brzmi!) szefową. Dostała dwa zaproszenia na teatr Carpe Diem, (który uwielbiam od zawsze) i zaproponowała abym jej potowarzyszyła! :) To będzie idealne rozpoczęcie weekendu! :)

Tradycyjne książki papierowe czy czytnik ebook? Co wybrać?

Dobry wieczór! :)

Na początku muszę się pochwalić o swoich weekendowych osiągnięciach. Otóż, zaliczyłam wszystkie egzaminy i mogę śmiało powiedzieć, że cieszę się „spokojem” aż do stycznia. Nie wiem dlaczego, ale ulżyło mi kiedy napisałam ostatnie słowa swoich prac i oddałam kartki. Niby to tylko egzaminy, ale jednak to ciążyło. Ciągle chodziłam z kartkami szukając okazji do nauki i tylko widziałam jak zostaje mi coraz mniej czasu. Zaliczyłam na czwórkę i dwie piątki :D <chwalipięta> Prace semestralne również już za mną, więc…

cieszę się przerwą świąteczną i w końcu znajdę czas na czytanie książek, które już się niecierpliwią. I o tym między innymi ten post! :D

Do niedawna byłam zwolenniczką książek tradycyjnych, papierowych. Biegałam po bibliotekach szukając interesujących mnie książek, czasami jak na złość nie było tego, czego szukałam i wracałam z czymś zupełnie innym. Była to w pewnym sensie dla mnie frajda. Od razu nasuwa mi się wspomnienie jak ledwo po zdaniu prawo jazdy odważyłam się sama jechać do biblioteki w sąsiednim mieście :D Byłam wtedy niesamowicie z siebie dumna i powoli nabierałam odwagi :) Książki bywały jednak nieco uciążliwe. Po pierwsze zawsze miałam ciężką torbę (moje książki nie schodziły poniżej 400str. :D ) i ilekroć moja mama podnosiła moją torbę żeby ją przenieść czy powiesić łapała się za głowę. Przecież gdybym kogoś walnęła tą torbą to zabiłabym na miejscu! :D To pierwsza wada, a po drugie zawsze musiałam czytać przy zapalonym świetle (niestety, zazwyczaj tylko wieczorami miałam chwilę na spokojnie przysiąść do lektury) i to bardzo męczyło moje oczy.

Na tegoroczne mikołajki dostałam czytnik ebooków (o którym marzyłam już od dłuższego czasu). Byłam ciekawa czy jest to taka fajna sprawa jak wszyscy moi znajomi mówią. I po dwóch tygodniach użytkowania mogę śmiało powiedzieć, że jak dla mnie na obecną chwilę nie ma lepszej rzeczy. Po pierwsze jest leciutki, poręczny i co dla mnie najważniejsze chyba łatwy w obsłudze :D Po drugie ma dwie opcje: ekran jak kartka papieru i wtedy czujemy się jakbyśmy przeglądali zwykłą, tradycyjną książkę, a poza tym ma wbudowane podświetlenie, które super sprawdza się podczas nocnego czytania. Ma inteligentny czujnik, który idealnie doprasowuje się do oświetlenia w pokoju, przez co oczy ani trochę się nie męczą :) Po trzecie nareszcie nie mam problemu z dostępnością książek, bo wszystko można znaleźć w internecie. Jeszcze nie zdarzyło mi się żebym nie znalazła tego, czego szukam, a muszę przyznać, że mam już kilkanaście ściągniętych pozycji :P Po czwarte trzyma baterię bardzo długo. Po otrzymaniu był naładowany w 60%, od razu doładowałam do końca i od tamtego czasu ani razu go nie podłączyłam (mam teraz 52%) i zaznaczam, że używam go codziennie.

Jak dla mnie urządzenie idealne, nie potrzebuje dużo miejsca w mojej torbie, zmieści się także do mojej małej (kopertówki) i nie martwię się, że nie przeczytam tego, czego chcę. Pomyślicie, że idę trochę na łatwiznę, ale po to są nowoczesne technologie aby sobie ułatwiać życie :D Gdybyście mieli jakieś pytania, służę pomocą. Osobiście mój Ukochany kupił mi z firmy PocketBook, która należy do tych nieco lepszych. Moi znajomi mają Kindla i także sobie chwalą. Przede wszystkim przy zakupie patrzcie czy ma ekran e-ink i podświetlenie, bo przydaje się, no i oczywiście dużą pamięć :D

A wy jakie macie zdanie na ten temat? Posiadacie czytniki czy jesteście wiernymi fanami książek papierowych? :D

Moje pierwsze ala pierniczki

Witajcie :)

Nic tak nie poprawia humoru jak tworzenie czegoś pysznego w kuchni. Niejednokrotnie mając chandrę lub jak ktoś sprawiał mi przykrość uciekałam do kuchni i wymyślałam różnego rodzaje ciasteczka. Zazwyczaj były to babeczki z różą, budyniem czy nawet czekoladą z orzechami, którą po prostu wciskałam do środka.

Dzisiaj z okazji zbliżających świąt postanowiłam spróbować swoich sił i zrobić pierniczki. Oczywiście to pierwsza próba i niebawem chcę zrobić jeszcze więcej i na pewno lepsze aby zagościły na wigilijnym stole pięknie udekorowane! :)

Oto co dzisiaj mi wyszło…

Nie są idealne. Jedne za cienkie, drugie troszkę za grubiutkie, ale są moje i jestem dumna. I co najciekawsze smakują bardziej jak ciasteczka korzenne niż pierniki! Muszę nad tym popracować! :)

A teraz uciekam do ciepłego łóżka skończyć książkę, która niesamowicie mnie wkręciła. Polecam: Płytkie nacięcie – Karin Slaughter, jest to druga tak jakby część, a pierwsza to: Zaślepienie :) Wszystkie od tej pani są godne polecenia! :)

Dobrej nocy :*