Brak asertywności

W ciągu kilku ostatnich dni troszkę się pozmieniało i tym samym zaczęłam myśleć o swojej asertywności, a raczej o jej braku.

Doszłam do wniosku, że nie jestem asertywna i gdybym mogła dałabym wejść sobie na głowę. Nie potrafię odmawiać, a jak już odmówię to jestem „chora” przez następne kilka dni. Po czym zaczynają się moje wyrzuty sumienia. Szczególnie tyczy się to mojej szefowej, której nie potrafię się postawić i walczyć o swoje. Już wszyscy moi znajomi mówią, że jestem na każde jej zawołanie, na każdy telefon i daje sobą pomiatać. To racja. Nie potrafię się postawić, bo boję się krytyki, która pewnie nastąpi i poczucia winy.

Ostatnio rozmawiałam z bratem, opowiadałam jak w pracy, a on powiedział tylko jedno: dziwie się, że jeszcze tam pracujesz. No właśnie, pracuję, bo lubię tą pracę. Lubię robić zdjęcia, lubię kontakty z klientami, bo zawsze dzieje się coś śmiesznego. Lubię pomagać ludziom, którzy przychodzą zrozpaczeni, bo zepsuło im się zdjęcie, które okazuje się jedyną pamiątką po bliskiej osobie i po prostu je odnowić jakby było zrobione wczoraj. Jednak przez to, jak czasami jestem traktowana odechciewa się wszystkiego. Dla szefowej nie ma znaczenia, że mam swoje życie prywatne, plany. Gdy ona mnie potrzebuje dzwoni, a ja… idę, bo co? nie potrafię odmówić bojąc się, że potem będzie kiepska atmosfera w pracy czy po prostu będzie konflikt.

Nienawidzę kłócić się z ludźmi, może dlatego idzie mną łatwo manipulować, bo zawsze chcę żeby było dobrze. Wiem, że to złe podejście, bo powinnam mieć swoje zdanie i umieć postawić na swoim. Muszę nad tym popracować, bo z czasem będzie mi coraz trudniej i zawsze będę tą od przynieś podaj pozamiataj. Nikt w końcu nie będzie mieć do mnie szacunku. Nie chodzi tylko o moją szefową, chodzi nawet o znajomych, którzy wiedzą jaka jestem i świadomie lub mniej potrafią to wykorzystywać :)

A jak tam z Waszą asertywnością? Potraficie postawić na swoim i walczycie o swoje? :)

Kosmetyczne odkrycia w listopadzie

Dobry wieczór! :)

Każda kobieta ma bzika na jakimś punkcie. Jedna uwielbiam kwiaty, druga podróże, a jeszcze inna szybkie samochody. Ja osobiście mam bzika na punkcie zapachowych świeczek, światełek którymi mogłabym ozdobić cały pokój, a także na promocjach, które śledzę nieustannie. Tak było właśnie wczoraj kiedy odwiedziłam pobliskiego Rossmana.

GARNIER SKIN NATURALS Essentials

Czyli nawilżające mleczko do demakijażu. Usuwa zanieczyszczenia, makijaż – również wodoodporny, czyli dokładnie to czego szukam i potrzebuję. Na dodatek nadaje się do skóry suchej i wrażliwej czyli działa łagodząco i przede wszystkim bardzo nawilżająco co jest dla mnie wielkim plusem. Wczoraj użyłam go po raz pierwszy i jestem szczerze zachwycona. Moja skóra jest idealnie czysta, a do tego gładka i naprawdę bardzo nawilżona. Zapach jest delikatny i z tego co zauważyłam nie trzeba dużej ilości aby usunąć wszystkie zanieczyszczenia. Jak dla mnie produkt idealny i w dosyć niskiej cenie, bo tylko 9.39PLN, a z pewnością wystarczy na długo.

AA PŁYN DWUFAZOWY DO DEMAKIJAŻU OCZU I UST.

Ten produkt zaproponowała mi dziewczyna przy kasie. Ten kto mnie zna i przynajmniej raz widział doskonale wie, że mam tendencję do mocnego malowania rzęs i mam bzika na punkcie mocno pomalowanych ust. Nigdy wcześniej nie używałam takiego płynu, więc wczoraj oczywiście po promocyjnej cenie (z 13.49PLN na 8.99PLN) postanowiłam zaryzykować. Byłam co do tego sceptycznie nastawiona, ale raz się żyję! Po nałożeniu odrobiny na wacik i przyłożeniu do ust doznałam lekkiego szoku. Cała szminka, która jest niesamowicie trwała zniknęła. Ponadto nie odczułam żadnego gorzkiego smaku po oblizaniu ust. Tak samo skuteczny okazał się na mojej grubej warstwie tuszu. Po przyłożeniu odczekałam kilka sekund, a gdy oderwałam wacik praktycznie cały tusz zniknął. Oczywiście trzeba powtórzyć to dwukrotnie aby uzyskać oczekiwany efekt i całkowicie pozbyć się kosmetyku, ale to i tak dla mnie zaskoczenie. Dodatkowym plusem jest to, że nie pieką oczy po użyciu, co jest dla mnie nowością, bo dotąd zmywałam mleczkiem zakupionym w avonie i po którym musiałam natychmiast przemywać zimną wodą, bo piekły mnie oczy niemiłosiernie. Zdecydowanie polecam! :)

LOVELY EXTRA LASTING MATT & LASTING nr 2

Do tej pory używałam nr 1 z tej samej serii. Wczoraj postanowiłam szaleć i wypróbować nieco ciemniejszy i bardziej wyrazisty kolor. Nie żałuję, pięknie prezentuje się na moich ustach (ach, ja skromniś) do tego jest bardzo trwały i nawet po dwóch herbatach (mmm, jesienne herbatki z cytryną górą! :D ) nic a nic nie schodzi z buzi. Ponoć tej jesieni są modne ciemne kolory na ustach więc idę zgodnie z modą, a co! :D Chociaż i tak pewnie dokupię sobie swojego ulubieńca (nr 1), bo to on skradł moje serce ponad rok temu! :) Polecam dla osób odważnych, lubiących się wyróżniać oraz ceniących sobie trwałość :) Cena także nie jest tragiczna, bo 8.79PLN za takie cudeńko to wcale nie tak dużo.

A Wy macie swoje jakieś jesienne odkrycia, które możecie polecić? :D

Pozdrawiam Was cieplutko! :)

Trzy etapy prawdopodobnie każdego związku

Dobry wieczór! :)

Pod ostatnim wpisem rozwinęła się mała konwersacja na temat związków, początkowej fascynacji i codzienności, więc przyszło mi do głowy rozwinięcie tego tematu, a przynajmniej tego, jak wygląda to z mojej perspektywy.

Otóż, na bazie swoich doświadczeń mogę wymienić trzy etapy, które (tak mi się wydaje)  są elementem każdego związku bez wyjątku.

1. Fascynacja, dokładność, perfekcja

Czyli jak zawrócić nowo poznanemu mężczyźnie w głowie. Na samym początku znajomości chcemy pokazać się z jak najlepszej strony, wiadomo! Dwie godziny przed spotkaniem zaczynamy przygotowania, począwszy od długiej kąpieli, nałożenia najdroższej odżywki na włosy jaką posiadamy i oczywiście nie zapominajmy o maseczce na twarz z wyciągu tropikalnych roślin, która jest podstawowym elementem, przecież! Po czym nadchodzi czas na perfekcyjny makijaż, który zabiera nam przynajmniej pół godziny, bo przecież kreska na powiece musi być idealnie prosta, a rzęsy maksymalnie wydłużone (śmiech). Następnie 40stominutowe przewracanie szafy do góry nogami szukając odpowiedniego stroju (chociaż i tak przed samym wyjściem jeszcze dwa razy zmienimy koncepcję :D ) O wyborze obuwia lepiej nie mówić, bo im więcej bucików posiadamy, tym trudniej się zdecydować. Gdy już docieramy na spotkanie jesteśmy piękne, mocno wyperfumowane i wręcz idealne z wciągniętym brzuchem. W restauracji bierzemy danie takie, którym za żadne skarby nie ma możliwości się ubrudzić (w moim wypadku frytki górą! oczywiście bez sosu żeby przypadkiem nie kapną na talerzyk :D ) i uśmiechamy się nieustannie pokazując swoje proste, białe ząbki. Po spotkaniu czujemy ulgę i w końcu możemy złapać oddech, zmywamy makijaż i przebieramy się w porozciągany dres żeby w końcu było nam wygodnie.

2. Większy luz

Teraz czujemy się coraz luźniej w towarzystwie swojego wybranka i przygotowania zajmują jakieś pół godziny. Możemy pozwolić sobie na skromniejszy makijaż i większy wybór dań w restauracji. Nawet gdy zdarzy nam się coś rozlać czy zepsuć obracamy to w żart i śmiejemy się same z siebie, co oczywiście (rozlanie) było niedopuszczalne na etapie pierwszym, czyli błyszczenia jak gwiazda filmowa. Podczas wspólnych filmów czujemy się tak swobodnie, że nic nie stoi na przeszkodzie żeby zasnąć, a po wszystkim narzekać na fabułę widząc napisy końcowe, chociaż widziałyśmy trzy pierwsze sceny filmu.

3. Stare dobre małżeństwo

Tutaj nie ma ograniczeń. Witamy ukochanego w piżamie, z rozczochranymi włosami i całkowicie bez makijażu (przecież nie raz już nas widział w takim stanie!) Podczas zakupów bierzemy tylko wysokokaloryczne smakołyki, bo przecież on kocha nas za to jakie jesteśmy i nie ważne czy przybędzie nam dwa czy dziesięć kilogramów! Koniecznie musimy spróbować pięciu nowych smaków czekolad z Wedla i zakupić zapas ulubionych batoników, na które właśnie jest promocja. Chodzimy na kebaby, z których wypływa nam sos na brodę i kompletnie nic sobie z tego nie robimy. Może zdarzyć nam się zapomnieć ogolić nogi (szczególnie zimą, hihi) i nie zależy nam na starannie pomalowanych paznokciach. Śpimy odwrócone tyłkiem, z otwartą buzią i spływającą ślinką (ponoć ja tak mam, wolę nie wnikać :D ). Nie mamy zahamowań jeśli chodzi o potrzeby fizjologiczne i głośne bąki nie rąbią na nas wrażenia, już nie. Znamy się jak łyse konie i kompletnie nic nas już nie zdziwi! :) A przede wszystkim akceptujemy siebie to jakimi jesteśmy!

Brzmi znajomo? Oczywiście troszkę to wszystko podkoloryzowałam, coby czytało się to ciekawiej i bardziej obróciłam w żart, bo przecież taka nasza natura! A tak naprawdę cokolwiek ubierzemy, nie ważne jak się pomalujemy czy uczeszemy włosy, to dla swoich drugich połówek jesteśmy najpiękniejsze i warto o tym pamiętać :) Niektóre dziewczyny AŻ za bardzo skupiają uwagę na swoim wyglądzie, co wcale nie daje lepszego efektu, a wręcz przeciwnie.

Nie ma związków idealnych, a przynajmniej ja takowego nie znam. Na początku jak wiadomo sielanka, co pięć minut wyznawanie miłości i tysiące wiadomości z serduszkami. Z czasem wszystko się uspokaja, myślimy bardziej racjonalnie i przyszłościowo. Okazujemy zainteresowanie, uczucia, ale w granicach rozsądku. Po dłuższym czasie przychodzi codzienność, goniąc za nauką, pracą i obowiązkami domowymi znajdujemy coraz mniej czasu dla swojego partnera. Romantyczne wieczory z liczby sześciu w tygodniu przekształcają się w jeden tygodniowo, bo wieczorem jesteśmy tak padnięci, że marzymy tylko o ciepłym łóżku i błogim śnie.

Grunt to w tym wszystkim zachować zrozumienie, wsparcie, opiekuńczość i poczucie bezpieczeństwa. Nie trzeba wyznawać sobie miłości codziennie, bo przecież wiemy o tym doskonale. Kilka miłych słów w ciągu zabieganego dnia, buziak na pożegnanie i powitanie, wspólny posiłek i zasypianie obok ukochanej osoby w zupełności wystarczy żeby czuć się kochaną.

(warto też oczywiście zafundować sobie kilku dniowy urlop tylko we dwoje! żeby nacieszyć się sobą i nabrać sił na kolejny półroczny maraton w pracy :) )

Osobiście ze swoim ukochanym jesteśmy już chyba na etapie starego małżeństwa, bo widział mnie w każdej sytuacji (przypomina mi się sytuacja z wczoraj kiedy mój tusz  całkowicie spłynął z rzęs i pozostawił po sobie czarne policzki, które nie tak łatwo było domyć :D ), tak samo jak ja jego. Akceptujemy siebie całkowicie i przede wszystkim dużo rozmawiamy, co jest podstawą udanego związku :)

Ufff, dzisiaj troszkę się rozpisałam, jakoś mnie natchnął ten temat i co najlepsze zaczęłam wspominać nasze początki z Ukochanym. Kurcze, za miesiąc będzie dwa lata, jak ten czas szybko leci! :)